O tym jak kisiłam ogórki

Tydzień temu dostaliśmy od teściów troszkę ogórków i całą ich kobiałkę od moich rodziców. Nic tylko kisić. Ja kiszone uwielbiam i stąd też przez całe moje życie mój tato nazywa mnie "Hanką Orógczanką". Przez pierwszych kilka dni ogórki leżały zapomniane, bo nie mogłam się pozbierać psychicznie i kiszenie ogórków było ostatnią rzeczą na którą miałam ochotę i o której mogłam myśleć. 
Z resztą robienie czegokolwiek wykraczało poza moje siły. Kiedy doszłam już do siebie po niedzielnym, cholernie bolesnym zderzeniem z rzeczywistością stwierdziłam, że muszę stawić czoła ogórkom...
I zaczęły się schody....
Bo Hanka była niespokojna - powód już znany. Ząbek. Bo nie miałam czasu. Bo nie miałam kopru i czosnku. Bo w końcu jak już miałam wszystko to okazało się, że mam złą sól...I dziś jak już mam wszystko, okazało się, że połowa ogórków zasili nie "spiżarkę" (raczej półkę...), a kosz. 
Ten na śmieci....

A tak w ogóle miałam się dziś świetnie bawić na wieczorze panieńsko - kawalerskim przyjaciół...Niestety Hanka sama sobą się nie zajmie...
Sąsiedzi dziś nie mogli się Hanuszką zająć, a teściowie? No cóż... Nie bardzo przejawiają chęć. Moi rodzice za daleko. Na nianię w tym momencie nas nie stać (tak na dobrą sprawę w tym momencie groszem nie śmierdzimy, a w lodówce hulają wiatry, dobrze, że chociaż światło w niej jest. Jeszcze...).
Tak więc mój mąż, jako starszy Pana Młodego, musiał pójść. W dodatku, tradycyjnie z resztą ( w jego rodzinie to normalne) zostawił wszystko na ostatnią chwilę. I znów ja na tym ucierpiałam, bo pozbyłam się książki (została przerobiona na sekretny schowek dla Pana Młodego), pozbyłam się wstążki od koszuli, a także kawałka całkiem fajnego lnu...Poza tym po Pana Mężowych wariacjach z prezentem mieszkanie wygląda jak pobojowisko, a mnie właśnie rozwaliła się półka na klawiaturę....
Wiece co? Idę kisić resztkę ogórków póki Hanka śpi. Muszę jeszcze przetrzeć jej zupki, włożyć do słoiczków i zamrozić...
A na koniec na czoło p*****lnę, ekhm - przykleję sobie naklejkę z napisem SIŁACZKA....
...

6 komentarzy:

  1. gratulacje zebulka:)) za tydzien drugi bedzie wiec sily potrzebujesz aby przetrwac nie tylko z kolejnym zebem :/
    wspierasy

    OdpowiedzUsuń
  2. Dasz radę Aniu ;) jak nie my Kobiety to kto?! Trzymam kciuki za Twoje zdrowie psychiczne no i za ogórki kiszone :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. No u mnie też najczęściej tak bywa, że najważniejsza córcia i kto z nią zostanie. JA. Taka rola mamy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Kocham kiszone ogórki, dla pocieszenia ja kiedys kupiłam 5 kg śliwek jak młody miał 3 miesiące, ablo 4 i niestety wszystkie zasiliły kosz, a miało być z nich pyszne powidło. No cóz... Co do wiatru w lodówce to znam to, obecnie mówię sobie " byle do wtorku"

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki za słowa otuchy:)

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz niebędący obelgą dla mnie i moich czytelników jest ważny i mile widziany! Dziękuję za "nakarmienie" mojego bloga:)