Wczoraj wysiadł internet więc nie byłam w stanie nic zrobić. Dziś natomiast dzięki temu mam nawał spraw do załatwienia plus wieczorne zajęcia e-learningowe...
Dziś z minimalną ilością słów:)
Ja Ci zrobię porządki:)
Co to? (No i cała podłoga w wodzie...Masz mamo nauczkę!)
Szaleństwo przedszkolaków...
Kolejna ciekawa butelka...
...i jej smoczek (na żywo wyglądało gorzej...)
No to się bawimy!
Ale frajda:D
A Ty co?
No i mamy komplet:) Z opaski będzie brożka pasująca do bucików. Na zdjęciu nie widać, ale to kolor fioletowy:)
Nazwa Mama Doskonała była nazwą roboczą, wynikającą nie z mojego przekonania o sobie jako o matce, a raczej z próby udowodnienia sobie i światu, że potrafię. Czasem, gdy na początku nowej, trudnej drogi słyszy się słowa krytyki lub nachalne rady, kiedy każdy własny krok jest negowany można się pogubić.
Dziś już wiem, że jako matka siedmiomiesięcznego dziecka nie muszę nikomu nic udowadniać. Zwłaszcza sobie.
Wrzucam na luz, Bo My Mamy potrzebujemy życiowego luzu, by nie zwariować.
Bo My Mamy jesteśmy w pewnych sytuacjach niezastąpione. Nikt tak przecież nie potrafi ukoić dziecięcych smutków.
Wrzucam na luz, Bo My Mamy nasz największy Skarb i przyszła najwyższa pora by się tym cieszyć, bez udowadniania nikomu kto i dlaczego ma rację.
Bo My Mamy teraz czas na to, by żyć i tym życiem się cieszyć.
Bo My Mamy siebie.
Wszak To My Mamy dziecko i nasza w tym głowa by je mądrze wychować.
Mamy też nadzieję, że zmiany przypadną do gustu i dalej będziecie chętnie tu zaglądać:)
A i nowe osoby są mile widziane:)
W tym miejscu chciałam też podziękować wszystkim czytelnikom zaglądającym na me strony.
Wielkie dzięki zwłaszcza dla osób, które dzielą się swoimi przemyśleniami!
Bez Was ten blog byłby tylko jednym z pustych miejsc. Zlepkiem słów pisanych jak niegdyś wiersze do szuflady.
Ludzi przechodzących w dole, śpieszących się by załatwić wszystkie sprawy...
Zakochanych idących spokojnie i nie liczących czasu....
Całe morze samochodów, które zdają się płynąć po asfalcie niczym statki po morzu...
Z dachu wieżowca można też runąć w dół. Z całą siłą swego ciała. Z jednym tylko zamiarem i jednym tylko pragnieniem, by już nic nie czuć i nic nie widzieć....
Wyszłam dziś do pracy, ale wybrałam inną niż zazwyczaj drogę. Miałam iść załatwić kilka spraw nim dotrę do przedszkola.
W pewnym momencie usłyszałam komentarz pewnego pana rzucony w stronę sąsiadów
"Pewnie go obciążą kosztami, o ile nie skoczy"..
Chwilę potem, stojąc na skrzyżowaniu dostrzegłam, że na krawędzi 10 piętrowego bloku na przeciw mnie stoi młody (sądząc po posturze i odzieniu) mężczyzna...
Stał na skraju, trzymając się napisu z nazwą osiedla i odwracał się co chwila nerwowo....
W okół było pełno straży pożarnej, karetka, sanitariusze i lekarze...Było też pełno gapiów zaniepokojonych o to, co może się wydarzyć...
Przystanęłam na chwilę, by spytać grupki gapiów o to, czy ktoś z nim rozmawia.
"Chyba tak bo widzi pani stoi odwrócony tyłem"
Na dole z kolei rozłożona była ogromna poduszka, na wypadek gdyby jednak stwierdził, że wypisuje się z tej gry.
Raz i na zawsze...
Nie wiem czy skoczył.
Odeszłam.
Nie mogłam na to patrzeć...
I bez tragicznego finiszu trzęsłam się jak osika, a żołądek dusił mi gardło...
Co go pchnęło do takiego czynu?
Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem.
Mam jednak nadzieję, że jednak wybrał inną drogę.
Że wybrał życie z całym jego okrucieństwem i brzydotą i z całym jego pięknem i wspaniałością...
M. miała mieć biopsję gruboigłową...
Nie miała...
Sprzęt jak na złość się zepsuł...
Dalej nie wiemy czy rak jest złośliwy czy nie...
Nic nie wiemy...
A czas leci...
Najpierw jakaś idiotka pomyliła sobie terminy, teraz zepsuł się sprzęt.