Królik nad króliki

Hanuszka jeszcze nie wie, ale to jej ulubiony ( z założenia mamy i babci pewnie też) królik:) Wygodnie zasiada w kącie łóżeczka, trzymając przy sobie swoją gąskę i czuwa nad Hanuszkowym snem:) 



Taka mnie nachodzi refleksja jak patrzę na Hanuszkę śpiącą z Panem Królikiem... Jak długo ów Pan Królik będzie miał te swoje piękne uszy, długie łapki, nogi i stopy...Mam nadzieję, że Hanuszka nie będzie typem niszczyciela. Już moja w tym, z resztą, głowa żeby takowym nie była, ale......Planować sobie mogę.



Dziś Hanuszka śpi jak zabita. W nocy też ładnie było, z resztą, co miało nie być, jak przy mamie najlepiej. Dystrybutory blisko, ciepło, wygodnie i w ogóle:) Po weekendzie i wczorajszym dniu Dzieć mój stwierdził, że wypada trochę matce odpuścić...:) Bardzo z resztą jej za to dziękuję:D mogłam trochę pohaftować, sprawdzić pocztę i nabazgrać posta...Ogólnie odpocząć:) I tyle, bo się Dzieć obudził:)

No to miłego popołudnia:)

Hania i suszarka...

Ciężki dzień po ciężkim weekendzie - zaczynam się przyzwyczajać. W końcu trafił się nam model nieodkładalny i to totalnie. Problem w tym, że nikt nam nie wierzy. 

 Przecież Hania to takie kochane dziecko (nigdy nie powiedziałam, że nie).

- Popatrz jak ona słodko śpi. Mały aniołeczek.
- Przecież to dziecko stale śpi, czego wy od niej chcecie?!
- Skarżycie się, a ona przecież tak ładnie śpi...
-ITD...

Śpiąca Hanuszka
O tak, Hania pięknie śpi (co widać wyżej) i jest bardzo spokojna, ładnie sobie leży, rozgląda się, nie drze japy, tylko kwili i żali się jak coś nie pasuje, lub chce jeść. Cud, miód i malina. Niestety tylko wtedy jak jesteśmy u kogoś, lub sami mamy gości... A w domu......SAJGON. Oczywiście, że nie zawsze, ale jak Boga kocham... Nawet dziś...Przyszła położna - Hania śpi przytulona do mnie (po tym jak przez cały dzień marudziła, płakała i nie spałą w ogóle, a przypominam - ma półtora miesiąca). Położna wyszła, ledwo drzwi zamknęłam, ledwo do pokoju weszłam (nie Hanikowego, żeby była jasność), a tu...Łaaaaaa, łłłłaaaaaaaaa, łaaaaaaaaaaaaaaaaaaa....

W sobotę tak się umęczyła ( i nas też...a zwłaszcza mojego ślubnego..) i zestresowała, że oboje myśleliśmy, że oszalejemy, najdelikatniej rzecz ujmując. Hania marudziła cały dzień, cały wieczór i pół nocy. Aż się biednej ciemiączko zapadło i to dość poważnie. Oczywiście wujek google prawde powie. Podejrzewałam, że może chodzić o odwodnienie. Co prawda o poważnym odwodnieniu mowy nie było, ale coś się zaczynało. Raz, że cały dzień płakała, mało spała, to jeszcze w dodatku u nas w mieszkaniu jest klimat niemalże pustynny (urok mieszkania w starym bloku, gdzie przy grzejnikach nie ma zaworów). Hanusiak dostała butlę z wodą, cyca do tego i ciemiączko poszło w górę...Uffffffffffffff

Uspokoiła ją suszarka...Tyle, że spać za cholerę nie chciała. W przeciwieństwie do mnie. Po całym dniu o godzinie wpół do pierwszej w nocy, ja już nie kontaktowałam. Hanuszką zajął się tatuś, a ja..........no cóż. Padłam jak zabita przy dźwięku suszarki. Hania padła o wpół do trzeciej.............

A dziś...znów sajgon.............

Albo to ta pogoda, albo te cholerne tetry ją wkurzają (jakbym się miała owinąć czymś takim i położyć się, to też bym się darła i wkurzała), albo ja już nie wiem co...Mam nadzieję, że to nie na chorobę...

Teraz Hanuszka padła i śpi...Oby jak najdłużej, bo po prostu padam, ale przede wszystkim, bo mi jej najzwyczajniej w świecie żal...

Pani Dysplazja i Pan Ganglion

Hanka nie daje się nam nudzić:) Choć muszę przyznać, że tej nocy dała się przynajmniej wyspać. Jak zasnęła koło północy (albo koło 23??) tak obudziła się na karmienie o 5 rano!!! Jak mi dziecię zakwiliło, jak wyrwałam z wyra i zobaczyłam, że zaczyna świtać, tak omal w panikę nie wpadłam, bo to do niej nie podobne w cale. Dziś nie wiem, że mam dziecko. No prawie nie wiem, bo byłyśmy na USG stawu biodrowego.............

Nie dość, że mi się dziecko poturbowało przy porodzie łamiąc sobie obojczyk, nie dość, że do tej pory męczy ją katar i brzuszek (choć dzięki kroplom ból nie jest tak wielki), to jeszcze teraz bioderka....Nie jest najgorzej, bo stan stawu biodrowego oceniony został na IIa (fizjologiczna niedojrzałość stawu), ale musimy szeroko pieluszkować. Ja wiem, że to żadna tragedia, ale jak oczami wyobraźni widzę te sterty tetry...Zwłaszcza, że Hanik potrafi siusiać co 5 minut.......

Ortopeda zajął się też mną. Bioder co prawda nie badał, ale mój nadgarstek...Z racji opieki nad Hanką operacja nie jest wskazana. Z racji karmienia piersią wstrzyknięcie sterydu również nie jest wskazane. Pan doktor wielką igłą odciągnął Pana Gangliona i po krzyku...

Hanusiowe paluchy

Niestety, wieczorem Pan Ganglion powrócił, choć na razie mały, to znów zaczyna dokuczać...........


A tak z innej beczki... Mąż mój zaczął się dziwnie zachowywać...Nosi Figulca w pozycji fasolki i śpiewa jej kołysanki....Chyba nie muszę przekonywać, że kotce średnio się to podoba...;)



ratunku jestem mamą!

Oj wczorajszy dzień dał mi popalić, nawet nie cały dzień, a raczej popołudnie. Do południa sielanka, spanie, karmienie, spacer przy pięknej pogodzie. Ba! nawet makijaż udało mi się zrobić, wbić w leginsy sprzed ciąży i poczuć jak pół człowieka, nie mówię o tym, by poczuć się choćby jak ćwierć kobiety...Ostatnio o mojej kobiecości przypomina mi rozrywający ból cycków, za każdym razem jak Hanka zakwili...........No ale do rzeczy...

Poszłyśmy na ten spacerek, zanosząc przy okazji szanownemu tatusiowi Hani telefon. Kupiłam sobie gazetę o tematyce wiadomej, gdyż mój mózg jeszcze chyba nie jest w stanie przetrawić czegoś bardziej ambitnego (poza tym jest kilka artykułów przydatnych, może nie odkrywczych ale uświadamiających mnie: "Tak, mamo doskonała, dobrze robisz, dziecię Twe bezpieczne i zadbane jest") i ruszyłam w kierunku domu. Hanka już po drodze zrobiła się marudna, ale nic nie zapowiadało najgorszego...

A w domu...O dziwo Hanka dała mi ugotować obiad. Moje dziecię było jeszcze bardziej łaskawe pozwalając mi go zjeść podczas jednego posiedzenia. I to by było na tyle z jej życzliwości względem matki. Pewnie wyszła z założenia, że matka też człowiek i siłę mieć musi by od 16 do późnych godzin wieczornych (a w zasadzie już nocnych) na zmianę nosić, przewijać, karmić, zabawiać, uspokajać, usypiać (chyba siebie samą) itd....Bo jak o 16 Hania zaczęła marudzić tak końca nie było widać

W końcu ok 23 padła. Oczywiście na naszym łóżku, oczywiście na połowie, która pachnie mamusią, pozbawiając mnie tym samym możliwości położenia się choć na chwilę jak człowiek. Tzn. miałam wybór. Mogłam ją odłożyć do jej łóżeczka, ryzykując tym samym, że się obudzi...............................

Wymyłam tylko twarz i zęby. Padłam na twarz, rozważając, czy nie pie*****ć przysłowiowego baranka o ścianę w celu szybszego i głębszego uśnięcia...Na szczęście był mąż i był masaż...

A teraz siedzę z Hanią śpiącą smacznie w chuście, zaczytuję się w artykule Chylińskiej i felietonach na Bachorze i ryczę ze śmiechu całując mojego małego stworka w główkę To mi pomaga nie zwariować w sytuacjach, w których jestem bezradna jak dziecko we mgle. Wiadomo, że kochamy swoje  dzieci, ale trzeba też trochę zdrowego dystansu....

Chyba czas skończyć czytanie, bo się Bachorro obudzi, a wtedy to................;)




Aaa kotki dwa......




Przydasie:)

Korzystając z faktu, że Kruszynka smacznie śpi snem niezmąconym siedzę i piszę, bo potem może nie być tak łatwo. Tak się zastanawiam, jak będąc matką ułatwić sobie życie i w związku z tym przejrzałam zawartość mądrych ciążowych (i nie tylko) czasopism oraz internetu w poszukiwaniu gadżetów przydatnych rodzicom. Producenci prześcigają się w wymyślaniu różnych, mających ułatwić opiekę nad brzdącem produktów. Niektóre z nich są bardzo przydatne (nie wyobrażam sobie ciąży bez mojej poduchy i funkcjonowania bez chusty), inne z kolei są drogimi zabawkami, bez których można przeżyć - ale jak ktoś ma furę pieniędzy, to czemu nie:)

To pierwsza odsłona Przydasiów;) (niebawem kolejne) a w niej:

Rzecz pierwsza - dla mnie niezastąpiona, ze względu na mój kręgosłup, a później i rozmiar brzucha - poduszka kojec Motherhood. Koszt na stronie producenta to 139 złotych, ja swój dostałam na urodziny, ale taniej można kupić na portalach aukcyjnych. Poza tym jeśli ktoś planuje używać tylko w czasie ciąży, swobodnie może od kogoś odkupić. Mnie kojec służy teraz jako poduszka do spania, do karmienia, a nawet jako kojec dla Hani, kiedy zasypia na łóżku, a istnieje obawa, że podczas przenoszenia do jej łóżeczka się obudzi, to po prostu ją zabezpieczam tworząc w okół niej okrąg. Mam pewność, że nie spadnie. Od początku ciąży chciałam taką mieć, ale mój mąż stwierdził, że równie dobrze można zrolować narzutę lub obłożyć się poduszkami - sprawdziłam, porównałam - to nie to samo. W rezultacie sam teraz czasem z owego wynalazku korzysta i sobie chwali;) Poducha naprawdę jest przydatna.



Rzecz druga - stosuję od niedawna, ale jeszcze zanim dziecko było w planach wiedziałam, że ja swoje będę nosiła w chuście. Dlaczego chusta jest przydatna? Choćby ze względu na to, że podczas gdy maleństwo wtula się w mamę, ta ma dwie ręce wolne i może ugotować obiad, posprzątać, zająć się starszym dzieckiem lub cokolwiek innego (oczywiście w granicach rozsądku:P). Poza tym maluszek czerpie niesamowite korzyści z takiej chusty - mama jest blisko, czuć jej zapach i ciepło, słuchać nicie jej serca - to daje poczucie bezpieczeństwa. Co do cen i producentów - trzeba uważać. Akurat chusta jest rzeczą, na której nie można zaoszczędzić kupując tanią firmy noname. Już lepiej odkupić używaną. Ja tak jak pisałam, postawiłam na polskie Natibaby, ze względu na cenę i promocję, na którą trafiłam.Co do cen - jeśli chodzi o nówki, to trzeba się liczyć z wydatkiem od ok 150 złotych (i więcej) w górę, w zależności od firmy i materiałów z jakich została zrobiona. Często jest to sama bawełna, ale są też chusty z domieszkami lnu, kaszmiru, jedwabiu czy  wełny merino albo bambusa. Do wyboru do koloru:) W zakładce linki można znaleźć kilka przydatnych stron.


Rzecz trzecia - kosz na pieluchy. Wiadomo, gdzieś trzeba je wrzucać, a fiołkami nie pachną...Ja osobiście posiadam zwykły. co prawda nosiłam się z zamiarem kupna specjalnego, ale wspólnie z mężem uznaliśmy, że dla nas to zbędny gadżet, a przynajmniej na razie. Prezentowane kosze to Sagenic, Tomme Tippee i Angelcare. Koszty są zbliżone. W sklepach stacjonarnych około 100 złotych, na portalach aukcyjnych od 60  zł w górę.












Rzecz o tyle dobra (wg zapewnień producentów), bo nie uwalnia przykrych zapachów. Pewnie, te mamy które używają mogą powiedzieć więcej. Nam na razie wystarcza zwykły kosz i jak na razie nic nie "pachnie". Poza tym na brzydkie zapachy pomaga no olejek z drzewa harbacianego. Jeśli ktoś używa - proszę o opinię:)


Rzecz czwarta -  rewelacyjnie sprawdza się podczas odwiedzin u rodziny i przyjaciół, czy w przychodni lub na spacerze. Torba - przewijak (producent IKEA), wygląda jak zwykła torba sportowa, ale po rozłożeniu można na niej spokojnie przewinąć maluszka. Jej wnętrze jest nieprzemakalne, łatwo je też wyczyścić. W dodatku ma masę kieszonek i przegródek na akcesoria do przewijania. Koszt około 60 złotych. Mnie się udało kupić swoją w SH za uwaga - 14 złotych. Wyszłam z moim łupem szczęśliwa jak dziecko. Co prawda jak wychodzimy z Hanką w wózku to biorę mniejszy przewijak, taki który mieści mi się do torby, ale moja zdobycz czeka na cieplejsze dni, kiedy to spacerować będziemy w chuście:)