Kalendarz adwentowy - mój pierwszy:)

Przedstawiam długo oczekiwane dzieło rąk moich:)
Jeszcze nie w miejscu docelowym bo regał jeszcze stoi w salonie i jeszcze nie wypełniają go książki - wszystko w swoim czasie.
Najpierw sypialnię trzeba opróżnić z rzeczy znajomych, potem ją urządzić po naszemu:)
No i ja muszę dojść do siebie bo się przez tą całą przeprowadzkę pochorowałam:/

Mam nadzieję, że kalendarz dotarł do Ani. Wysłany był z opóźnieniem, bo adres dostałam w momencie kiedy nie miałam internetu, potem kalendarz był "gdzieś, w którymś pudle"...
Od nas wyszedł 4 grudnia.
5 miał być na miejscu - nie mam informacji zwrotnej czy dotarł więc trochę się martwię...

Aniu jeśli otrzymałaś kalendarz daj znać proszę!


A oto nasz kalendarz:)

















W środku smakołyki - dla każdego coś małego:)
Hania znalazła m.in. ciasteczka z rossmanna - dobre bo słodzone syropem ryżowym (chyba) a nie cukrem i eko żelki też z rossmanna - też bez cukru, są smaczniejsze niż zwykłe żelki (moim zdaniem) bo zawierają soki owocowe. Niestety są drogie - ponad 5 złotych za małą paczkę:/
Ale od czasu do czasu...;)

Nie wszystkie kubki są pełne - jeszcze.
Ale będą:D

Jak tylko ogarnę mieszkanie i parę innych spraw, to podzielę się nowymi pomysłami:)

A na deser Hanuszka:)
Nasz Szkrab poczynił pierwsze próby w kierunku chodzenia:)
Poza tym - zobaczcie same:)




:D


Anjamit

Przeprowadzkowe Co Oko Widziało/ Dziwne Rodaków Rozmowy

Już na nowym:)
Końca pracy nie widać, bo sama jestem do tego.
Mąż w pracy, a Hanka ma inną wizję nowego mieszkania.
Dla niej im więcej zakamarków i zakazanych rzeczy, tym lepiej.

Długo mnie nie było, bo z racji przeprowadzki nie miałam dostępu do komputera i internetu.
A po przeprowadzce na nowym mieszkaniu następnego dnia padł internet...
Z resztą to nie jedyna rzecz, która nam się popsuła w związku z czym na Święta prezent dostanie samochód - nowe hamulce, akumulator i amortyzatory...
A no i Hanka też coś dostanie;)

Ostatni tydzień był ciężki nie tylko ze względu na przeprowadzkę ale też na ilość debili z jaką przyszło mi obcować...

Czemu takie mocne słowo?
Bo czasem wystarczy kropla, by przebrać czarę...

Inaczej nazwać się nie da....

Z resztą poczytajcie sami/same...

Scena pierwsza

Dzwoni do mnie mama właścicielki starego mieszkania:
-Dlaczego nie chce się pani dogadać z moją córką w sprawie rozliczenia?
-Słucham??? To chyba panie się nie dogadały, bo my już ustaliłyśmy wszystko.
-Nie, proszę pani, bo jak dzwonię do córki, to ona mi mówi, że jeszcze nic nie wie. A ja się pytam kiedy się wyprowadzicie.
- Ależ ja mówiłam pani córce, że dokładnie się umówimy telefonicznie w czwartek wieczorem. Wyprowadzamy się w piątek, ale proszę wybaczyć, nie jestem w stanie pani powiedzieć dokładnie o której godzinie.
- No, bo jak się wyprowadzacie w piątek, to my chcielibyśmy z robotnikami wejść w piątek.
-W piątek to my tam jeszcze będziemy, bo raz, że nie jesteśmy w stanie co do minuty podać terminu wyprowadzki, a dwa, że sami czekamy na zwolnienie nowego mieszkania.
- No bo pani to raz mówi tak, a raz inaczej, ja nie wiem jak mam robotników umawiać, bo przez was jest wszystko zablokowane.
-Ja od początku podawałam datę 1 grudnia jako datę wyprowadzki. Czy pani naprawdę chce żebyśmy z małym dzieckiem czekali na mrozie na zwolnienie nowego mieszkania?
-Wie pani, miejmy nadzieję, że takiego mrozu nie będzie...
 (W tym momencie, gdyby kobieta mówiła mi to w twarz, to chyba bym się odwinęła...)
- Pani jest bezczelna...
-Nie jestem.
-Owszem, jest pani, a zgodnie z umową możemy się wyprowadzić 5 grudnia....

itd...
itd...

The End

W końcu do kobiety dotarło, że od początku mówiłam, że wyprowadzimy się na dobre 1 grudnia, że wtedy będziemy w stanie zabrać resztę rzeczy i oddać klucze...



Na rozluźnienie atmosfery Co Oko Widziało:)
Wybaczcie, że nie obrobione. 


Przygotowania do koncertu Kasi Kowalskiej - Noc zakupów
Miska niewyspka okazała się wysypką ale i tak jest udanym pomysłem, a dlaczego? O tym innym razem:)

Praca wre - kalendarz w fazie kończenia

:)

Mały pomocnik:)

Tak wyglądał salon po przeprowadzce...(równo tydzień temu)
Klika godzin później...
Wieczorem tego samego dnia...

Przedpokój


Chwilowo gnieździmy się w jednym pokoju, ale i tak nie jest źle. Zwłaszcza, że większość rzeczy muszę robić sama, bo mąż w pracy...
Jak tak dalej pójdzie to wyrobię sobie figurę jakiej nigdy nie miałam;)



No, to Welcome back moi drodzy:)
Wznawiamy nadawanie:)



Anjamit

Darmowy poród rodzinny?

Bardzo chciałam mieć poród rodzinny.
No przynajmniej do pewnego momentu - do takiego w którym albo ja albo mąż powie "dość".
NFZ gwarantuje każdej kobiecie darmowy poród rodzinny.
No i to by było tyle.
Bo szpitale mają odrębne zdanie co do opłat za taki luksus.
Przynajmniej te w Kielcach.

Szpital przy ulicy Kościuszki, w którym ja rodziłam, do porodów rodzinnych ma przeznaczoną jedną salę. Nie wiem jak jest wyposażona, bo jej nie widziałam. 
Żeby na niej rodzić trzeba ukończyć ichniejszą szkołę rodzenia, która kosztuje bagatela 350 złotych.
Papierek z tej szkoły rodzenia pozwala także na poród w wodzie, który też chciałam mieć.
Ale ja leżałam na podtrzymaniu zamiast chodzić do szkoły rodzenia....
Nici zatem z moich planów.
Nie mogłam liczyć ani na poród rodzinny ani na poród w wodzie.
Może gdyby mąż wniósł opłatę w wysokości 350 złotych to załapałabym się chociaż na rodzinny.
Szpital znalazł sobie wymówkę w postaci tego, że płaci się za lepsze warunki.
Na ogólnej sali z kolei wg szpitala nie ma warunków.
Jaki z tego wniosek?
Poród rodzinny w tym szpitalu kosztuje 350 złotych.
Położne pomocne, z sympatią różnie bywa, ale pomagają.

Inny szpital - nie moja historia, bo tam nie rodziłam.
Szkoła rodzenia 250 złotych, reszta praktycznie identyczna jak w moim szpitalu.
Czyli płacisz masz...
Niby też za lepsze warunki.
Czyli za to, co w każdym normalnym kraju jest normą...
Z personelem bywa różnie...

Ja z tej normy miałam tylko piłkę.
A no i położna (a dobrze trafiłam) zaoferowała kubek wody, bo swojej zapomniałam.

Trzeci szpital - ponoć najlepsze warunki.
W końcu Centrum Matki i Noworodka.
Sprzęt najwyższej klasy.
Nowe, ponoć ładne sale.
Bezpłatna szkoła rodzenia.
Dwie sale do porodów rodzinnych.
Szpital na swej stronie chwali się tym, że bezpłatnie daje znieczulenie oraz gaz rozweselający.
Ale mimo to szpital nie cieszy się dobrą sławą ze względu na personel.
Nie wiem jak jest z porodami rodzinnymi, bo o tym czy szpital pobiera opłaty oczywiście nie ma mowy na stronie. Miejmy nadzieję, że nie.
Cóż z tego jak położne nie uczą, nie pokazują, nie współpracują z pacjentkami.
Pewnie są też w tym szpitalu takie, które wkładają całe serce w to co robią, ale niestety, przeważają złe opinie.

I gdzie rodzić?
Przy następnym dziecku mocno się zastanowię.

A jak wygląda to w Waszych miastach?



Anjamit

Ileż ja miałam szczęścia...

Ileż ja miałam szczęścia przy porodzie i karmieniu.
Tak, wiem, wiele o tym ostatnio na blogach - cóż, taka tematyka...

Na początku zaznaczam - to baaaaardzo długi post...

Gotowe na moją historię?

Przed porodem planowałam, że jak akcja porodowa sie zacznie to zadzwonimy do szpitala dowiedzieć, się czy przypadkiem na dyżurze nie ma pani X. 
Lekarka X jest w mojej opinii niemiła i olewa pacjentów - o tym jeszcze napiszę!

Niestety, skurcze od razu wystąpiły z częstotliwością co 5 minut i nie było czasu na dzwonienie i jeżdżenie po kieleckich porodówkach.
Pojechaliśmy i okazało się, że niestety Lekarka X ma dyżur.

Na szczęście poród przebiegł szybko i bez komplikacji. Nawet nie chce myśleć co by było, gdyby były komplikacje podczas dyżuru tej kobiety....

Po porodzie Hania leżała na moim brzuszku czołgając się do piersi, ale nie mogłam jej przystawić przed szyciem, bo ponoć mogłoby to zwiększyć krwawienie. Nie wiem czy tak jest, teraz trochę tego żałuję, a także tego, że nie poprosiłam o koc od razu, a dopiero jak się nam zimno zrobiło.
 Na czas szycia bliski kontakt był niewskazany, bo szycie mnie bolało mimo dwóch znieczuleń. Chciałam uciec z fotela, położne w obawie o to, że Hania mi upadnie zabrały ją do ważenia i mierzenia. Od razu ją tez ubrały.
 Moje małe zawiniątko dostałam po szyciu, wtedy też przystawiłam do piersi i....
Byłam szczęśliwa, bo Hania od razu się przyssała.
 Moja radość była jednak  zbyt szybka.

Hania nie ssała tak jak powinna. Zasypiała przy piersi bardzo prędko. Cały pierwszy dzień praktycznie spała. 
Położne przychodziły i pytały:
Ssie?
-Ssie.
Było siku?
-Było
To dobrze.

Tyle.

A ja wtedy nie wiedziałam, że źle to robię. Że dziecko mi się nie najada.

W nocy zaczął się dramat.

Hania płakała najgłośniej na oddziale.
Budziła wszystkie dzieci.
Była głodna mimo tego, że non stop wisiała na piersi.
Pokarm był, ale było go niewiele.

Hania płakała okropnie, a ja byłam tak zmęczona, że zasypiałam przy niej.

W końcu w środku nocy przyszły położne. Zabrały ode mnie Hanię i nie pytając o zdanie oznajmimy, my ją pani dokarmimy.
Po czym wlały Hance 5 ml mleka z kieliszka.
Zobaczyłam wówczas wielkie, gapiące się na mnie oczy.
Moje dziecko w końcu było najedzone.
Popłakałam się.

Byłam przerażona.
Miałam wrażenie, że położne mają mnie za taką, co to nie wie, że dziecko z głodu płacze.
Po jakimś czasie przyszła jedna z nich i powiedziała, że od rana uczymy się karmienia, bo dziecko za bardzo spadło z wagi i że nie wypuszczą mnie, dopóki nie będą miały pewności, że umiem karmić.

Kamień z serca mi spadł.

Rano, po obchodzie (na którym się dowiedziałam, że moje dziecko ma złamany obojczyk...)przyszła inna położna, taka z gatunku niemiłych...
I się zaczęło....
Ale zacisnęłam zęby, powiedziałam sobie, że mam w dupie jej podejście i brak uprzejmości dopóki wykonuje swoje obowiązki i uczy mnie jak karmić.

Pokazała mi jak przystawiać, sprawdzała, czy mała ssie i jak jest przyssana - dzięki temu myślę, uniknęłam poranionych sutków, choć nie znaczy to, że na początku nie bolało.
Miałam małą przystawiać na siedząco (Chryste Przenajświętszy, jak mnie to bolało...Nie cycki. Szwy, krocze, kość ogonowa, cały dół.......) i to co chwila, a po karmieniu odciągać, żeby pobudzić laktację.
Tak też robiłam. Aż do wyjścia ze szpitala następnego dnia.

W domu robiłam to samo, ale miałam wrażenie, że mamy powtórkę z rozrywki.
Pokarmu jakby mniej.
Piłam dużo, także herbatek laktacyjnych.
Odciągałam, przystawiałam Hanię, wybudzałam ją by nie zasypiała przy piersi.
A Hania stale płakała...
Ja razem z nią, przepraszając, że nie mogę jej wykarmić.
Mąż o 2 w nocy pojechał do apteki po mleko modyfikowane.
Długo zastanawialiśmy się czy je podać. 
Hanuszka zmęczona płaczem w końcu padła. 
Modyfikowane do tej pory leży nie tknięte (jeśli ktoś potrzebuje Bebilon 1 - oddam za darmo).

Następnego dnia przyszedł nawał.
Tak nagle.
Piersi skamieniały.
Bolały okropnie.
Robiły się guzki.
Hania nie chciała ssać, ja nie byłam w stanie odciągnąć ni kropli, nawet dotknąć piersi...
Na szczęście pamiętałam, co moja lekarka mówiła jednej pacjentce na oddziale patologii ciąży, na którym leżałam na podtrzymaniu.
CIEPŁE OKŁADY!
Jak mi to pomogło....
Mama poradziła okłady z liści kapusty - nie zdążyłam wypróbować, bo na moje szczęście same okłady pomogły.
A butelkę pet z gorąca woda miałam stale przy piersiach.
Rozluźniło to piersi tak, że mogłam ściągnąć nadmiar i przystawić Hanię.
Po karmieniu kilka razy robiłam zimne okłady - to pomogło przetrwać nawał.
Dopiero wtedy skończył się nasz dramat.

No, prawie.

Zaczął się inny.
Morze mleka mnie zalewało. Wkładki nie nadążały...Chodziłam cała mokra. do tego doszedł spadek hormonów i kryzys psychiczny. 
Płakałam bo byłam obolała, miałam wrażenie że śmierdzę tzw odchodami połogowymi i mlekiem.
Mimo częstych kąpieli.
Było mi źle.
Ale najważniejsze było to, że mojemu dziecku było dobrze.
To, że na twarz padaliśmy to rzecz oczywista.
Byliśmy sami.
Nie mogłam chodzić do szkoły rodzenia, bo leżałam na podtrzymaniu.
Nikt nam nie pomógł przy małej, bo moi rodzice przyjechać nie mogli, a teściowie przychodzili bardziej z wizytacją niż z wizytą i Młodej na ręce wziąć nie chcieli nawet na chwilę.
Tyle, że obiady mieliśmy zapewnione.
Pierwszą kąpiel ogarnęliśmy sami - to naprawdę, żaden wyczyn. 
Mój mąż spisał się na medal - to trzymał Hanię, to on ją przebierał.
Ja się bałam o pępowinę.

Ciężko było z innego powodu.
Narodziny Hani zmobilizowały męża do napisania pracy magisterskiej.
Wybrał idealny wprost moment na to - okres mojego połogu...
Całymi dniami i nocami siedział i pisał, Hanią zajmując się wtedy gdy ja nie miałam już siły.

Po tygodniu przyszła położna, obejrzała Hanię, popatrzyła na to jak przystawiam, odpowiedziała na spisane przeze mnie pytania. Choć nie ze wszystkim się zgodziłam (choćby z przemywaniem piersi), to pani Basia, to złoty człowiek i dobra położna.
Pomogła bardzo.
Przyszła jeszcze raz potem, ale zawsze w razie wątpliwości mogłam do niej zadzwonić.
Nigdy nie odmówiła pomocy.

Wiele wsparcia miałam ze strony mamy.
Sama nie karmiła mnie piersią długo. Mówiła, że prędko straciła pokarm - teraz obie wiemy, że był to kryzys laktacyjny.
Mama nie miała tyle wsparcia ile ja, wiedza na temat laktacji była wówczas znikoma.
Inne czasy....

Wiele też z mężem czytaliśmy w sieci.
Wiem, że można wyczytać wiele bzdur.
Ja czytam bardzo uważnie i analizuję - niczego nie biorę za pewnik.
Wiele wypowiedzi na forach pokierowało nami na właściwe tory:)

Daliśmy radę:)

Miedzy innymi, dlatego, że miałam szczęście.
Miałam lekki poród, Hania nie miała większych problemów ze ssaniem, a ja na swojej drodze trafiłam na kompetentne osoby. Pobyt na podtrzymaniu w szpitalu też okazał się rzeczą dobrą, bo tam dowiedziałam się co robić w przypadku zatorów, zapaleń, nawału pokarmu...
Miałam szczęście, bo choć mojej mamy nie było obok, to była i jest po t
telefonem 24 na dobę. Jeśli czegoś nie wie, to mówi wprost, nie wymądrza się. Wspiera bardzo, nawet teraz kiedy sama potrzebuje wsparcia.
Miałam szczęście, bo nie trafiłam na niekompetentnych lekarzy i położne, tak jak niektóre dziewczyny rodzące w tym samym czasie.

Wiem, że moje nastawienie do karmienia mogłoby być inne gdybym tego szczęścia nie miała.

To nasza historia.
Na sposób karmienia duży wpływ maja okoliczności, ludzie jacy stają na naszej drodze. To jest zawsze składowa wielu czyników.
Można bardzo chcieć i karmić pokonawszy problemy.
Można bardzo chcieć i nie móc karmić, z wielu powodów.

Mam nadzieję, że moja historia komuś pomoże:)
W jakiś sposób...
:)

Zapomniałam dodać i szczerze podziekować
Małgosi i Ani z kieleckiego klubu mam, na które mogłam i mogę liczyć, kiedy czegoś nie wiem, kiedy mam pytania, wątpliwości.
Bez Was dziewczyny byłoby mi o wiele trudniej!
Dziękuję, że jesteście!
Anjamit

Kalenarz wędruje do....

Kalendarz powędruje do....







Anna


GRATULUJEMY:)


Proszę o adres do wysyłki:)

Anjamit