Dzień Edukacji Narodowej





Wszystkim koleżankom i kolegom po fachu 
Wszystkiego najlepszego!





Anjamit

Książkowy Must Have:)

No i zaczynamy:)
Co miesiąc jedna książeczka trafi na Hankową półkę. 
Jedna zakupiona przez nas. 
Czemu tylko jedna?
No, bo przecież masa innych wydatków stoi w kolejce.
Ale do rzeczy:)

Hanka ma założoną puszeczkę, która niebawem przekształci się w skarbonkę, na drobiazgi z przeznaczeniem właśnie na książeczki.
Wrzucam po groszu, po 10, po złotówce, po 5 złotych - w zależności od tego ile właśnie mieści się w portfelowej przegrodzie na drobne.

Pierwsza książeczka zakupiona w ramach projektu Książkowy Must Have
to......


Źródło


Kto zgadnie?

:D



Anjamit

Dzisiejszy dzień sponsorują Muffinki:)

I to nie byle jakie, bo z serem i suszonymi pomidorami:)
Suszone pomidory produkcji własnej:D

Uwielbiam wszelkiego rodzaju muffinki. I te na słodko i te na słono i te pikantne też.
Od dawna nosiłam się z zamiarem upieczenia ale jakoś tak się składało, że albo czasu nie było, albo nastroju.

Przepis na muffiny wzięłam z książki Bobas Lubi Wybór Książka Kucharska.
Tutaj podam Wam inny, ten z którego zwykle korzystam. W mojej opinii jest lepszy.

Ja robię tak:

2 szklanki mąki
2 jajka
3/4 szklanki oleju
1 szklanka mleka
1 - 2 łyżeczki proszku do pieczenia

To jest przepis podstawowy, bez soli i cukru.
Jeśli chcemy muffiny słodkie - dodajemy ok 2 łyżek cukru.
Jeśli mają być słone dodajemy sól, najlepiej wg uznania.

Moje muffiny były bez soli i cukru ze względu na Hanuszkę.

Do przepisu podstawowego dodałam łyżeczkę chili i łyżeczkę gałki muszkatałowej oraz tarty, żółty ser i suszone pomidory.

Muffinki robi się tak:

W jednej misce mieszamy wszystkie suche składniki, a w drugiej wszystkie mokre.
Do miski z mokrymi składnikami dodajemy stopniowo zawartość "suchej" miski i mieszamy dokładnie.

Wkładamy do formy i pieczemy w 200 stopniach ok 15 minut, tak aż będą cudnie złociste:)

Muffinki będą lepsze i zdrowsze jeśli do ich wypieku użyjemy mąki razowej.
My powoli się przerzucamy na razową.
Białego pieczywa praktycznie już nie jadamy, tak samo jak i białego makaronu i ryżu.
Czas znaleźć dobrą mąkę;)

Bon Appetit!





Hanuszka dzielnie pomagała;)












Prawda, że pyszne?


Muszę przyznać, że potrawy bez soli w większości są mdłe.
Czasem zdarza mi się dodać odrobinę soli, ale z reguły tylko do naszych porcji.
Niestety, to nie to samo.




Anjamit

O mały włos...

O mały włos nie dałam się zwariować.

W planach był zakup nocnika i przyzwyczajanie Hanuszki do gadżetu.
Tylko po co?
Po co jej to?
A mnie?
Nie potrzebny mi dodatkowy stres, czy zdążę, czy nie, czy będę miała dodatkowe sprzątanie, czy nie.
I tak mam niewiele czasu na pilnowanie.
Wiem kiedy moje dziecko robi kupę, ale wiem to w trakcie.
Nie robi kup regularnie. Raczej mało kto robi je o określonych godzinach:/
A szkoda...

Pomysł nocnikowania zarzucam dopóki Hanuszka nie dorośnie do tego. 

Ja wiem, że można wcześniej, że się da.
Tylko PO CO?

Nagminnie w przedszkolu mamy mamusie, które szczycą się, że ONO już robi na nocnik i w związku z powyższym pieluch nie ma, bo pieluchy są dla niemowląt, a ONO już nie jest.
Bo ONO proszę pani i kupkę i siusiu na nocniczek robi.
Tyle, że w domu...
A czy ONO komunikuje?
Taaaaaaaaaaak....

Jasne...
Mamusia, po obserwacjach dziecka, trwających wiele miesięcy czy lat wie, kiedy ONO będzie się sKUPiało. 
Przedszkolanki są ułomne w tej kwestii.
Zazwyczaj owocuje to notorycznie pobrudzonymi majtkami, spodniami, bluzkami (a jakże!), a nawet i podłogami....
A czy dziecko nie odczuwa wówczas stresu?
Oczywiście, że tak.
Dziecko nie wie, że pani w przedszkolu nie przewidzi jego potrzeb fizjologicznych tak jak mama w domu.
Dla niego naturalne będzie to, że osoba dorosła wie jak zareagować i co zrobić, że poda nocnik i pomoże na nim usiąść.
I jak będzie się czuło to dziecko, kiedy jego potrzeby nie zostaną zaspokojone przez opiekunkę?
A majtki będą mokre i brudne?
A dzieci będą się śmiały?

PO CO to?
Po to żeby rodzic czuł się bardziej rodzicem?
Bo dziecku to do szczęścia nie jest potrzebne.


P.S. A za przywrócenie trzeźwości w myśleniu dziękuję http://carryikurkuma.wordpress.com/ - dzięki Ci po stokroć:) Doprawdy nie wiem co lub kto mi się na mózg rzucił...



Anjamit

A dziś mam dosyć...

Zmęczenie materiału?
Chyba...
Ostatnio działam jak mały samochodzik nakręcany korbką, albo jeszcze lepiej - na baterie. Te co je królik w sobie miał. Takie rzekomo niekończące się.
A dziś mi te baterie spowolniły.
I to nawet nie oto chodzi, że dziś jestem niepozbierana...
Raczej wszystko mnie drażni.
Drażni, wkurza i przygnębia.
A przygnębia chyba najbardziej.
Ale to nie jest takie przygnębienie, że człowiekowi smutno się robi.
To jest ten rodzaj przygnębienia, przy którym człowiek ma ochotę wyć do księżyca.
Bynajmniej nie rzewnymi łzami.
Raczej drzeć się.
Wywrzeszczeć wszystko.
Do utraty głosu i sił.

Chory mąż (jakieś przeziębienie czy coś) musiał uspać Hanię, bo ja nie byłam w stanie.
Płakała, a ja w tym swoim rozdrażnieniu i emocjonalnej huśtawce nie byłam w stanie jej uspokoić.
Jeszcze bardziej mnie drażnił jej płacz.
A ona płakała jeszcze bardziej...

Błędne koło.

Czy jutro będzie lepiej?
A bo ja wiem??
Dzień będzie nowy, ale to nie znaczy, że lepszy.
Nawet jeśli, to czasu to nie cofnie i nie sprawi, że problem dnia dzisiejszego zniknie...

Powód?
M. miała badanie...
To, które miała mieć robione w sierpniu...
Guz jest złośliwy...

Nie wiem czemu tak uczepiłam się myśli, że może jednak nie.
Że na pewno nie.
Że skoro lekarze mają podejrzenia, że może jednak nie jest złośliwy, to tak musi być.
A niby dlaczego?

Zaczynam się bać...
Najgorsze jest to, że nie wiem jak pomóc.
Chciałabym, ale kurwa, nie mam jak.



Anjamit